Nettelbeck - fikcyjny zbawiciel

W coraz szerszych kręgach miejskich wskazuje się postać Joachima Nettelbecka jako kołobrzeskiego bohatera. Trzeba tylko dodać, że nieco zmyślonego.


Wiele osób poruszyła niedawna projekcja filmu „Kolberg”. Niestety, wprowadzenie do tego obrazu można określić jako nieudolne. Pracownik muzeum z Greiswaldu, zamiast wyjaśnić motywy historyczne samego filmu, skupił się na wyjaśnianiu intencji III Rzeszy w zleceniu produkcji filmu i jego propagandowym wykorzystaniu, co zresztą, w mojej opinii, również było dość słabe i nie wyszło poza zasób Wikipedii. Ale i są tego konsekwencje. Joachim Nettelbeck na niektórych forach zaczął być gloryfikowany i wskazywany jako przykład kołobrzeskiego bohatera. A tak pięknie do końca nie było.

Joachim Nettelbeck urodził się 20 września 1738 roku w Kołobrzegu. Jego ojciec, Johann David, był szewcem (później zajął się browarnictwem i gorzelnictwem). Matka, Katherina Sophia, pochodziła z rodziny o bogatych tradycjach morskich. Nic dziwnego, że jej syna od młodości ciągnęło w kierunku morza. W swój pierwszy rejs dalekomorski wypłynął w wieku 11 lat do Amsterdamu na statku swojego wuja, który zajmował się handlem niewolnikami. W przyszłości będzie się parał tym i sam Nettelbeck. Po powrocie z Holandii, młody Joachim kontynuuje naukę w szkole. Po jej ukończeniu, przechodzi szkolenie żeglarskie. Pływa po Bałtyku i Morzu Północnym oraz kończy szkolenie na drugiego oficera.

Tymczasem sytuacja polityczna w Europie komplikuje się coraz bardziej. W 1756 roku wybucha wojna siedmioletnia. Nettelbeck nie zapisał się w niej jako postać szczególna. Uciekając z obleganego przez Rosjan Królewca został uznany za dezertera. Jeszcze podczas wojny, 4 lutego 1762 roku ożenił się z Reginą Charlottą Meller, córką właściciela fabryki żagli w Królewcu. Miał z nią kilkoro dzieci. W 1770 uzyskał w Szczecinie patent kapitana królewskiego, ale niedługo cieszył się urzędniczymi przywilejami, gdyż popadł w konflikt z władzą państwową. Przez pewien okres trudnił się handlem niewolnikami, aby w 1776 roku osiąść w Kołobrzegu.

26 kwietnia 1777 roku w wieżę kolegiaty uderzył piorun. Wybuchł pożar, który udało się ugasić. W akcję ratunkową zaangażował się sam Nettelbeck wraz ze swoim 10-letnim synem. Dzięki temu, ogień ogarnął tylko dzwonnicę, a nie rozprzestrzenił się nad ogromny dach korpusu nawowego. Kościół Mariacki po oblężeniach rosyjskich i tak był wystarczająco zniszczony. Jak czytamy w literaturze na temat Nettelbecka, magistrat docenił jego zasługi, ale mimo wszystko nie zapomniano mu jego dezercji z Królewca.

W międzyczasie Nettelbeck rozwiódł się. Znowu zaczęło ciągnąć go na morze. Nie wypływał jednak na oceany, stał się armatorem, aż jego zdobyczny statek ostatecznie zatonął w 1783 roku. Na handlu kolonialnym wyszedł i tak nieźle, a osiadając wreszcie na stałe w Kołobrzegu, zajął się, jak jego ojciec, warzeniem piwa i destylowaniem wódki. Wkrótce rozwiódł się po raz drugi. W literaturze zaś określany jest jako człowiek nieustępliwy tak w poglądach jak i dyskusji, co nie przeszkadzało mu zdobyć powszechnego szacunku w Kołobrzegu. Został wybrany jako przedstawiciel kolegium mieszczańskiego (Bürger-repräsentant), a w 1805 roku został starszym Domu Żeglarza i Sądu Morskiego.

W 1806 roku, po klęsce armii królewskiej z wojskami Napoleona pod Jeną i Auerstedt, w Prusach wzrosły nastroje defetystyczne. Twierdze poddawano bez jednego wystrzału. Tak padł Berlin, Szczecin czy Kostrzyn. Gdy jednak zażądano poddania Kołobrzegu, komendant twierdzy nad Parsętą, pułkownik Ludwik Moritz von Lucadou, stanowczo odmówił. Tymczasem Nettelbeck stanął na czele spisku, który sięgał od znaczących obywateli po wysokich urzędników królewskich. Knowanie miało na celu usunięcie komendanta ze stanowiska. Wszystko wskazuje na to, że Nettelbeck, jako człowiek nadzwyczaj podejrzliwy i konfliktowy, nie mógł zaakceptować niezależności Lucadou jako dowódcy garnizonu i zaczął uzurpować sobie prawa przywódcy miasta. Jednocześnie jak tylko mógł, podważał autorytet pułkownika.

Należy podkreślić, że zlekceważenie wezwania do poddania twierdzy, było aktem odwagi ze strony komendanta twierdzy. Na przełomie 1806 i 1807 roku kolaboracja z Francuzami była na porządku dziennym. Jest ona szeroko opisywana w literaturze. Rozpad struktur państwa pruskiego był widoczny gołym okiem i fakt, że Lucadou przystąpił do obrony twierdzy znikomymi środkami, to akt niemal heroizmu. W czasie pokoju, załogę twierdzy stanowili żołnierze niepełnowartościowi. Również artyleria twierdzy wymagała nie tylko przeglądu technicznego, ale poważnego uzupełnienia. Lucadou nie dość, że utarł nosa Francuzom, to w dodatku nakazał sypać nowe fortyfikacje polowe, w tym Fort Wilczy.

Niemiecka historiografia przedstawia to inaczej. To Lucadou był zdrajcą, a Nettelbeck, jako wzorowy obywatel, zapobiegł poddaniu twierdzy Francuzom. To nieprawda. Tworzenie legendy Nettelbecka można zaobserwować od lat 60-tych XIX wieku. W zależności od okresu, postaci przewodniczącego kolegium dodawano kolejne akty heroizmu. Świetnie to widać na filmie „Kolberg”, gdzie Nettelbeck przedstawiany jest jako raźny dziadek, świetnie orientujący się w sprawach miasta, a Lucadou to zniedołężniały dziad, w dodatku warchoł. A rzeczywistość była zupełnie inna: Lucadou miał 65 lat, podczas gdy Nettelbeck 69. Analiza literatury pozwala na stwierdzenie, że podejrzenie, ba! zarzut zdrady wobec Lucadou, ma swoje źródło w wydarzeniach z 15 marca 1807 roku, gdy komendant twierdzy przyjął w swoim mieszkaniu francuskiego parlamentariusza. Rozmowa była prowadzona w cztery oczy, ale rozpoczęła się serdecznym uściskiem dłoni. Nettelbeck nie mógł słyszeć tej rozmowy, za to świetnie kolportował wśród mieszczan wieść, jak to komendant układa się z Francuzami. Bardzo szybko wyciągnięto komendantowi jego francuskie pochodzenie (pochodził z Langwedocji), że podpisywał się po francusku, a jakby jeszcze tego było mało, słabo mówił po niemiecku. Tego rodzaju spiskowa teoria dziejów trafiała na podatny grunt. Nikt nie pamiętał już, że Lucadou, jako zasłużony oficer w wojnie siedmioletniej, otrzymał od Fryderyka Wielkiego honorową szpadę. Gdy Nettelbeck zaczął komendantowi czynić uwagi w sprawach wojskowych, a więc publicznie podważać jego autorytet w i tak niełatwej atmosferze wojennej, ten ostrzegł go, że jeśli to się powtórzy, każe go rozstrzelać.

Tego było za wiele. Nettelbeck uknuł spisek, doniósł do króla na Lucadou, a ten podjął decyzję o zmianie komendanta. Wszystko wskazuje na to, że Fryderyk Wilhelm III Pruski nie uwierzył donosom znanego urzędnikom z wcześniejszych wyskoków przewodniczącego kolegium mieszczańskiego, ale wysłał do Kołobrzegu młodego dowódcę, majora Neitharda Augusta von Genisenau. Nowy komendant objął swoje obowiązki w kwietniu. Nie ulega wątpliwości, że wiedział, w jakich okolicznościach obejmuje dowództwo. Jeśli nie otrzymał informacji w sztabie, na pewno przekazał mu je sam Lucadou, który nie opuścił twierdzy i spędził oblężenie w Kołobrzegu. Gneisenau załagodził sytuację w mieście. Nettelbeck został uczyniony odpowiedzialnym za stan śluz na Parsęcie i kanałach fortyfikacyjnych. Nowy komendant napisał również artykuł o dzielnym przewodniczącym kolegium mieszczańskiego do gazety królewieckiej. To wystarczyło, aby zająć „piekielnego staruszka”, jak został określony w niektórych pracach Nettelbeck, ale i w tym należy doszukiwać się początków mitu o „zbawicielu miasta”.

Po zakończeniu oblężenia, Nettelbeck napisał wspomnienia z tego okresu. Wiemy z nich, że był m.in. parlamentariuszem w kierunku Fortu Wilczego 20 czerwca 1807 roku. Nettelbeck pisze tak: „(…) Poszedłem w kierunku nieprzyjacielskich forpocztów z białą chustą na kiju prosić, żeby pozwolono nam zabrać naszych poległych i pogrzebać ich. To był widok godny politowania, kiedy zaledwie 200 kroków przed sobą ujrzałem 400 do 500 zwłok bardzo kaleczonych i pociętych, leżących jedne na drugich”. Z raportów Nettelbecka bije świadectwo jego osoby jako jednoznacznego bohatera. To stanowcza przesada, choć nie można pomijać jego zaangażowania i patriotycznej, pruskiej postawy. Dostał za to najwyższe odznaczenie „Pour le Merite”. Niestety, wobec wielu gorzkich słów pod adresem niektórych wojskowych i oczywiście komendanta Lucadou, przedstawiania niektórych faktów niezgodnie z rzeczywistością, naraził się na wiele konfliktów, a nawet procesy sądowe. Podważył w ten sposób zaufanie do swojej osoby. Potem kolportował te same plotki, ale już bez nazwisk…

2 października 1809 roku odbyły się wybory do rady miejskiej według nowego prawa o miastach. Wybrano 11 radnych, ale wśród nich nie było Nettelbecka. Burmistrzem został W. L. Kirstein. W 1814 roku Nettelbeck ożenił się po raz trzeci. Z tego małżeństwa miał córkę (miał wówczas 76 lat). Zmarł 24 stycznia 1824 roku w Kołobrzegu. Wyprawiono mu wielki pogrzeb (został pochowany na nieistniejącym już cmentarzu wojennym przy ul. Obrońców Westerplatte), po czym szybko zapomniano o tej postaci. Jego wspomnienia, w których było wiele błędów i pomówień, były przez władze miasta ignorowane.

Postać Nettelbecka pojawiała się coraz częściej wraz z nastaniem Wiosny Ludów. Wskazywano go jako przykład partycypacji obywateli w sprawach publicznych. Wreszcie, obronę Kołobrzegu w dramacie „Colberg” opisał Paul Heyse, laureat literackiej nagrody Nobla za 1910 rok, od 1890 roku honorowy obywatel Kołobrzegu. Na temat Nettelbecka napisano wiele książek. Jedną z pierwszych było opracowanie pastora kołobrzeskiej kolegiaty Johanna Gottlieba Maaβa. Wraz z kolejnymi odsłonami tej postaci, była ona coraz bardziej idealizowana. Wreszcie, w 1904 roku przed kolegiatą odsłonięto wykonany przez Georga Meyera z Berlina pomnik Gneisenaua i Nettelbecka. Uroczyście obchodzono 100-lecie oblężenia miasta w 1907 roku. Był to dzień szczególny w mieście, w którym wspominano walki o twierdzę. Gneisenau i Nettelbeck byli przedstawiani na równi, jako bohaterowie, którzy ocalili miasto przed armią Napoleona. To też była nieprawda. Walki przerwano w wyniku rozmów pokojowych w Tylży. Gdyby oblężenie potrwało jeszcze 2-4 godziny, Twierdza Kołobrzeg zostałaby zdobyta i ani Gneisenau, ani Nettelbeck nic nie mogli na to poradzić. Twierdzy nie ocaliły więc działania obu postaci, a historyczny zbieg okoliczności.

Oblężenie twierdzy z 1807 roku zyskało szczególną rangę w czasach nazistowskich. Funkcjonujące tu komórki NSDAP nosiły nazwę osób związanych z mitem niezdobytej twierdzy: Gneisenau, Nettelbeck, Schill i Waldenfels. W 1938 magistrat wykupił i wyremontował średniowieczną kamieniczkę przy obecnej ul. E. Gierczak. W środku powstała wystawa poświęcona Nettelbeckowi. Na jej otwarcie, 20 września 1938 r. specjalnie przybył gaulaiter Pomorza – Franz Schwede-Coburg. Za rok, II wojna światowa będzie pochłaniała Polskę. Wreszcie, Nettelbeck stał się głównym bohaterem filmu „Kolberg” Veita Harlana, który propaganda nazistowska chciała wykorzystywać jako dziełko propagujące zaangażowanie ludności cywilnej do wysiłku wojennego i ostatecznego zwycięstwa, jak to miało miejsce w Kołobrzegu w 1807 roku. Film zawiera wiele historycznych przekłamań, co omówienia samego dzieła często pomijają. Stąd widzowie raczeni są chwałą Nettelbecka, triumfującego wstawiennictwem u króla i uwolnionego z więzienia, do którego nigdy wtrącony nie był.

Propagowanie Nettelbecka jako bohatera jest także sprzeczne z polską racją stanu. To symbol niemieckiego (kołobrzeskiego) ziomkostwa, skupionego wokół mitu wypędzenia i Związku Wypędzonych w Niemczech. W literaturze popularnej, ciężko jest znaleźć informacje o Nettelbecku jako handlarzu niewolnikami, dezerterze, a także kłamcy, rzucającemu fałszywe oświadczenia w obliczu trwającej wojny. Ładniej brzmi: narodowy patriota, bohater, a w śmielszych wystąpieniach, zbawiciel Kołobrzegu. Warto pamiętać, że niewiele ma to wspólnego z rzeczywistością, zaś propagowanie tego mitu ma wiele wspólnego z podawaniem nieprawdy.