1945 rok w Kołobrzegu

Ostatnio w archiwum IPN Oddział w Szczecinie odnalazłem tom zatytułowany „Sprawozdania Szefa WUBP [Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego] za lata 1945-1948”, przechowywany pod sygn. akt IPN Sz 00103/25.


Dopiero w 2003 roku odtajniono te materiały, które wcześniej miały klauzulę „ściśle tajne”.

Pierwszym szefem UB był 23-letni Edward Bednarek. Zachowały się jego akta osobowe (IPN Sz 0116/1053), z których wynika, że urodził się w 1922 roku w Łodzi, gdzie skończył siedem klas szkoły powszechnej i dwie klasy szkoły zawodowej w zawodzie ślusarza. W dniu 19 lutego 1945 roku został przyjęty do UB na stanowisko młodszego referenta przez samego szefa Mieczysława Moczara. Awans był błyskawiczny, gdyż po trzech miesiącach w maju 1945 roku został kierownikiem Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Kołobrzegu. Kariera nie trwała zbyt długo, bo we wrześniu 1945 roku przyłapano go na tym, że dokonywał niedozwolonych rewizji domowych, a skradzione mienie (w zarzutach użyto określenia „skonfiskowane”) wywoził wspólnie z członkami swojej rodziny do Łodzi. Ubek nie trafił do wiezienia, ale został przeniesiony do Międzyrzecza na równorzędne stanowisko. Wykorzystał tam seksualnie zatrzymaną siedemnastoletnią Niemkę i po tym zdarzeniu słuch o nim zaginął. Wiadomo jedynie, że później był członkiem ZBOWiD-u z tytułu utrwalania władzy ludowej.

W czasie utrwalania owej władzy w Kołobrzegu napisał kilka raportów. Są one pisane w pokraczny sposób i zawierają niezliczoną ilość błędów ortograficznych. Pierwszy raport pochodzi z 2 lipca 1945 roku i obejmuje okres od 25 maja 1945 r. Jest on bardzo krótki i po dodaniu polskich liter cytuję go w całości:
Zwerbowano: jedenaście agentów, czterech informatorów. Z tego: siedmiu niemców, dziewięciu polaków [wyraźne kłopoty autora z rachunkami – dop. ES]. Trzech aresztowano, jeden po badaniu powiesił się. Dwóch dalszych przeprowadzane jest śledztwo. Zwerbowano (Przyjęto) trzynastu ludzi do Urzędu. Urząd posiada pięciu referentów, jeden funkcjonariusz, Sekretarza, ośmiu służby milicji. Dwóch referentów i jeden funkcjonarjurz wysłani w rejon. Mamy samych świerzych ludzi, kturzy są mało obznajmieni w naszej pracy. Miasto zniszczone w 90% co jest utrudnieniem w pracy, albowiem cała praca odbywa się w rejonach poza obrębem miasta. Ciągłe wyjazdy w rejony i brak lokomocji. Brak zaaprowiziwania i światła oto utrudnienia w pracy".

Bardzo interesująca jest krótka charakterystyka miasta i powiatu sporządzona 20 sierpnia 1945 r. Niestety część tekstu jest nieczytelna, co zaznaczyłem znakiem (...). Nazwy miejscowości ściśle według tekstu:
Powiat Kołobrzeski dzieli się na 10 gmin, w tym gmina Sztolniwo, (…)manow, gm. Ziemyśl, gm. Rabuń, gm. Wrzesowo, gm. Gostyn, gm. Ustronie Nad Morskie, gm. Charzyno, gm. Borek, gm. Dzegow. W Powiecie Kołobrzeskim, znajduje się młynów wodnych 11, gorzelni 8, w tym (…)czynne. 1 tartak nie czynny, 4 mleczarnie, 2 nie czynne, 3 cegielnie, (…)ornia narzędzi rolniczych w krótce będzie uruchomiona. 2 młyny motorowe (…)trownie wtym jedna wodna, pracuje wodna. 1 parowozownia, 1 kino w Korlino. Miasto Kołobrzeg liczy 3.213 mieszkańców w czym Polaków 513 miejscowość (…) posiada 1.570 mieszkańców, w czym 120 Polaków. W mieście Korlino zamieszkuje 3.300 ob., w tym 500 Polaków, gm. Ustronie Nad Morskie liczy 2.783 (...) Polaków 453. W miejscowości Borek zamieszkuje 256 ob., w tym (…)26-ciu. Dokładnie stanu ludności w powiecie Kołobrzeskim nie można (…) gdyż w miejscowościach gdzie stacjonują wojska Sowieckie nie było (…)racji i nie pozwalają nawet Urzędowi stwierdzić stanu ludności”.

Interesujące jest zestawienie rozkładu narodowościowego mieszkańców, z którego wynika miażdżąca przewaga Niemców. W innych raportach Edward Bednarek chlubi się stałym i szybkim przyrostem agentury. W dniu 2 lipca było łącznie zaledwie 15 osób, a 20 sierpnia zwerbowano już ogółem 87 (agentów, informatorów i rezydentów). Z końcem „pracy” Edwarda Bednarka we wrześniu 1945 roku agentura liczyła 94 osób, przy czym zwerbowanych było 68 Niemców i 26 Polaków.

W późniejszym okresie 1945 roku agentura nadal przyrastała, przy czym odwracają się proporcje narodowe, gdyż 18 października na 137 informatorów 88 było „po linii polskiej”, a tylko 49 „po linii niemieckiej”, 7 listopada na ogólną liczbę 160 – donosicieli polskich było 108, a niemieckich 52. Pod koniec 1945 roku stan agentury osiągnął rekordowe 170 osób, z czego 120 Polaków i 50 Niemców. Rozkład agentury odzwierciedlał zmiany w strukturze narodowościowej, gdyż Niemców ubywało, a Polacy osiedlali się coraz liczniej.

Ponadto w pierwszym okresie główną uwagę UB skupiało na Niemcach, a pod koniec roku zadaniem priorytetowym stało się zwalczanie żołnierzy ogólnie nazywanych „akowcami”. W sprawozdaniu sporządzonym przez ubeka kpt. Blocha z dnia 16 listopada 1945 r. zapisano:
Od informatora „Bartka” otrzymaliśmy doniesienie, które stwierdza, iż ob. Umiński Stefan burmistrz miasta Korlina w dniu 13 bm. wyraził się w obecności kilku osób, że posiada kontakt z AK. Następnie będąc w stanie nietrzeźwym wyraził się również w licznym towarzystwie, iż „był w AK, jest w AK i będzie w AK”. Ob. U. wyraził się w następujący sposób do sekretarza Powiatowego PPR-u: „jeśli mam kogoś słuchać, to tylko mądrzejszych ode mnie, a nie głupszych, jak ty na przykład”(…). Według ostatniego doniesienia inf. „Bartka” wiadomo nam, że ob. Umiński na przyjęciu u vice-starosty oświadczył, że do naszego rejonu przybyło 10-ciu „akowców”, którzy rozpoczną robotę. Obecnie ob. U. został zawieszony w działalności partyjnej i administracyjnej i znajduje się pod rozpracowywaniem naszej agentury.”

W raportach podkreślano wzmożoną działalność AK, która stara się nawiązywać łączność z żołnierzami dywizji gospodarczych w majątkach objętych przez Wojsko Polskie. Na podstawie doniesień agenturalnych 24 września 1945 roku ujęto trzech akowców i łącznika, którzy mieli cztery karabiny z amunicją oraz dokument ze stemplem AK. Ścigano nawet najdrobniejsze przejawy poparcia dla AK. W jednym z raportów napisano:
Otrzymaliśmy meldunek od dwóch członków PPR, będących uczestnikami zabawy, która odbyła się w Korlinie w niedzielę 12.11.45 r. W czasie zabawy jeden z uczestników wzniósł okrzyk: „niech żyje AK”. Po natychmiastowym przybyciu naszego referenta okazało się, że dany osobnik zbiegł. Dochodzenie w toku”. W wyniku intensywnego śledztwa ustalono, że osobą tą był Czesław Pawlikowski, którego aresztowano.

W sprawozdaniu z dnia 7 listopada 1945 roku odnotowano aresztowanie Sporysza, byłego burmistrza Kołobrzegu. Zarzucono mu wrogie nastawienie oraz działalność przeciwko Polskiej Partii Robotniczej. Odnotowano też słabe tempo odbudowy i brak dbałości o mieszkańców. Jako przyczynę wskazano chęć zysku i uzyskania jak największej korzyści materialnej ze strony osób na kierowniczych stanowiskach, gdyż na przykład kierownik aprowizacji miejskiej otworzył własną restaurację.

Dokumenty wytworzone przez UB dokumentują trudne początki osadnictwa w powiecie kołobrzeskim. Latem 1945 roku Edward Bednarek donosił, swoim przełożonym, że „repatrianci ubolewają z powodu braku opieki ze strony władz. Bardzo dużo im obiecywano, a po przyjeździe okazywało się, że Niemcy jeszcze rządzą i dlatego dużo wyjeżdża z powrotem ze łzami i nienawiścią do władz i rządu”. Wielokrotnie podkreśla on, że w przesiedleniach nie było żadnego porządku. Przyjazdy Polaków odbywały się bardzo powoli. W jednej miejscowości było równocześnie dwóch sołtysów – niemiecki i polski. Ten niemiecki uważał, że polscy osiedleńcy mogą pracować u niemieckich gospodarzy i „nie mają nic do rządzenia”.

We wrześniu 1945 roku odnotowano, że wśród Niemców panuje przekonanie, że Polacy nie pozostaną na tych terenach. Pomimo tego liczni Niemcy wyjeżdżają dobrowolnie, a w ciągu jednego tygodnia zarejestrowało się ich przeszło stu na wyjazd. Przymusowe wysiedlenia Niemców rozpoczęły się na dużą skalę jesienią 1945 roku. Wywózek dokonywano koleją, a ponadto Rosjanie wywozili Niemców drogą morską. Głównym problemem polskich osadników były napady rabunkowe. W początkowym okresie w raportach donoszono o dwóch niemieckich grupach składających się z żołnierzy niemieckich ukrywających się w lasach. Był to jednak nieistotny margines. Podstawowe zagrożenie stwarzali żołnierze sowieccy. Na początku września 1945 roku por. Jerzy Godlik raportował: „Polscy repatrianci są na ogół niezadowoleni i rozgoryczeni na skutek zaostrzenia stosunków z władzami rosyjskimi. Często zdarzają się napady na bezbronną ludność cywilną i grabieże mienia prywatnego”. Pod koniec września odnotowano cztery grupy w rosyjskich mundurach po około 15 osób. Porucznik Jerzy Godlik po. kierownika UB twierdził, że są to dezerterzy z Armii Czerwonej, Własowcy i Banderowcy uzbrojeni w rosyjską broń, a nadto mają dokumenty wystawione przez rosyjskie władze. Na początku października w raporcie przyznano: „…ludność polska na terenie naszego powiatu mocno cierpi na skutek napadów pojedynczych żołnierzy sowieckich i marynarzy, które w ostatnim czasie coraz więcej się powtarzają.” Bandy wojskowe jak i cywilne zajmowały się rabunkiem przeważnie bydła i koni. Przejawem bandytyzmu było zastrzelenie 5 października 1945 roku we wsi „Nesmin, gm. Ziemyśl”, powiat Kołobrzeg, 22-letniego Edmunda Strachaja, żołnierza 2 pułku kawalerii z Trzebiatowa. Według raportu sprawcami byli żołnierze sowieccy w mundurach, których nie udało się ująć i ustalić ich nazwisk. Ludność potrafiła też skutecznie bronić się przed bandytami. 17 listopada 1945 roku w Unieradzu, „gm. Ziemyśl”, zastrzelono żołnierza radzieckiego, który uciekał na koniu i wiózł ze sobą zrabowane worki z ubraniami i butami. Zabitego zabrały władze sowieckie z Trzebiatowa. W dniu 25 listopada 1945 roku w nocy grupa żołnierzy sowieckich zaczęła dobijać się do drzwi Urzędu Pocztowego w Kołobrzegu. Kiedy zaczęli wyłamywać drzwi, dyżurny pracownik poczty zaczął strzelać do napastników. Ranny został sowiecki starszy sierżant. Napad udało się odeprzeć. W sprawozdaniu nie podano informacji czy ustalono nazwiska sowieckich bandytów i nie znane jest również nazwisko dzielnego pocztowca. W sprawozdaniu za okres od 26 listopada do 6 grudnia 1945 roku odnotowano, że polscy szabrownicy wchodzą w porozumienie z żołnierzami Armii Czerwonej. Wspólnie piją, a następnie za zgodą oficerów wykorzystują sowieckie samochody do przewożenia łupów.

Każdy z raportów zawierał ogólne dane dotyczące prowadzonych spraw i wykazu aresztowań. W pierwszym okresie czerwca-lipiec 1945 roku UB prowadziło 10 spraw bez dokładnego określenia, czego one dotyczyły. Na początku września 1945 roku zakończono 34 sprawy, z czego 20 aresztowanych przekazano prokuratorowi. Większość to sprawy o przynależność do SS i SA i podpisanie volkslisty. 28 września 1945 roku odnotowano 58 aresztowań, z czego 4 akowców. W dekadzie od 17 do 27 października 1945 roku aresztowano 10 osób bez określenia stawianych zarzutów. W dniu 7 listopada 1945 roku podsumowano pięć miesięcy działalności UB w Kołobrzegu, w czasie których aresztowano 110 osób, z czego 49 Niemców, 8 akowców, 6 osób za posiadanie broni i 45 osób w innych sprawach. Jak podkreślono, te dobre wyniki możliwe były dzięki przejęciu aresztu na sto osób, prawdopodobnie w budynku na zapleczu obecnej Policji. Wcześniej areszt UB mieścił się w piwnicach obecnego muzeum przy ulicy Armii Krajowej. W tym czasie kołobrzeskie UB liczyło 27 funkcjonariuszy oraz 56 osób do obsługi biurowej i technicznej.

Wyzwoliciele czy zdobywcy?

Od chwili odzyskania niepodległości w 1989 roku, możliwa stała się dyskusja o faktycznej roli Armii Czerwonej w 1945 roku i w latach następnych. Za czasów PRL-u obowiązywała ściśle przestrzegana zasada, aby o Armii Czerwonej mówić jedynie pozytywnie i należało przedstawiać ją jako szlachetnych wyzwolicieli spod jarzma faszyzmu. Niewygodne zdarzenia były przemilczane, albo je przeinaczano, gdyż „fakty” musiały zgadzać się z góry przyjętym założeniem. Obecnie w archiwach IPN poszukuję materiałów dotyczących wzajemnych stosunków Armii Czerwonej i ludności polskiej na naszym terenie z bezpośredniego okresu tuż po wojnie. Dotarłem do interesujących dokumentów (IPN Sz 00103/23) zawierających meldunki Urzędu Bezpieczeństwa z 1946 roku, z których wynika, że głównym zagrożeniem w powiecie kołobrzeskim były bandyckie napady żołnierzy Armii Czerwonej na polską ludność. Trudno twierdzić, aby te meldunki zawierały przejaskrawienia, skoro Urząd Bezpieczeństwa był ściśle podporządkowany sowietom. Starano się raczej pisać o tym w sposób lakoniczny podając jedynie część faktów. Badając te okoliczności sięgnąłem do całkowicie zapomnianej książki Stefana Sokołowskiego, pułkownika Milicji Obywatelskiej, który w 1986 roku napisał przeznaczoną do użytku wewnętrznego pracę „Z dziejów Milicji Obywatelskiej na ziemi kołobrzeskiej w latach 1945 – 1949”. Książkę tę wydała Akademia Spraw Wewnętrznych w Warszawie w niewielkim nakładzie i jest znana jedynie wąskiemu gronu specjalistów. W książce tej znajduje się wiele przeinaczeń, bądź też oczywistych nieprawd. Tak na przykład pan Stefan Sokołowski opisując życiorys pierwszego kierownika Urzędu Bezpieczeństwa w Kołobrzegu - Edwarda Bendarka, zataił, że przyczyną zwolnienia go było dopuszczenie się gwałtu oraz zorganizowanie rabunku mienia na dużą skalę. W książce tej o ubekach i milicjantach nie pisano źle. Dlatego zdziwiłem się, że w opracowaniu tym pan Stefan Sokołowski przytoczył relację komendanta Milicji Obywatelskiej z Siemyśla Alfreda Turskiego dotyczącą wydarzeń ze stycznia 1946 roku. Jak się wydaje w 1986 roku nastąpił pierwszy powiew „pierestrojki” i można już było w wewnętrznych materiałach ujawnić niektóre wstydliwe szczegóły z przeszłości. Sokołowski przyznaje, że poprzednio zdarzenia te skrzętnie przemilczano. Uznałem, że właściwym będzie przytoczenie pełnej relacji Alfreda Turskiego. Skróty i zmiany stylistyczne pochodzą od Stefana Sokołowskiego.

W styczniu 1946 roku około godz. 19 do posterunku w Siemyślu przybył na koniu sołtys wioski Świecie, mówiąc, że w tej wiosce żołnierze mordują i rabują (…). Siedliśmy na konie i pojechaliśmy do wsi Świecie przez pola, na przełaj. Umówiłem się z Horlą, że on pójdzie za zabudowaniami, a ja środkiem wsi (byłem w cywilu) i gdy pierwszy strzeli, to drugi przyjdzie mu z pomocą. Żołnierze nas obserwowali (...). Gdy mijałem jakieś zabudowania, wyskoczyli i złapali mnie za klapę marynarki. Było ich czterech (...). Chwyciłem za lufę automatu i zacząłem się bronić nogami. Kapitan w skórzanej kurtce zapytał: „Co to za grażdanin, cywil?” Wańka powiedział: „Zabij go kapitanie”(…). Kapitan pociąga za spust raz, drugi, trzeci - strzału nie ma... Wańka wali mnie kolbą... ja tracę przytomność… strzeliłem Wańce w brzuch, miałem w kieszeni nabity pistolet. Wańka przewrócił się na mnie. Na strzał przyleciał Horla, kucnął za słupkami ogrodzenia i woła: „Ruki w wierch”. Na to wyszedł z domu rosyjski telefonista, który tu kwaterował i z automatu przejechał Horli po plecach. Rosjanie zabrali tego starszynę i poszli do budynku, w którym przebywał telefonista. Ponieważ leżałem nieprzytomny, Horla zwołał: „Zabili komendanta, ratujcie!”. Ja nie byłem bardzo pobity, więc leżąc na śniegu odzyskałem przytomność (…). Idę do Horli ... tamci strzelają. Wszedłem do budynku ... zabrałem prześcieradło, idę do Horli, który jęczy ... czołgam się, nakrywam go prześcieradłem. Rosjanie strzelili może jeszcze ze dwa razy i przestali. Może już nie mieli czym? Zaniosłem Horlę do tego mieszkania ... Miał duże dziury w brzuchu. Sołtys powiedział, że konie i wóz są w tym domu, w którym przebywają Rosjanie, ale on tam nie pójdzie. Poszedłem ja. Włożyłem do pistoletu drugi magazynek (…).  Rosjanie siedzą na wozie, wysoko na workach i zamierzają uciekać. Strzeliłem! Pijani żołnierze już trochę wytrzeźwieli i gdzieś pouciekali, bo zaczęła nadchodzić pomoc; przyjechali milicjanci i uzbrojeni cywile. Telefonista zadzwonił do jednostki i powiadomił, że polska banda otoczyła go ... on się broni i prosi o pomoc. Przyjechały dwa samochody wojska i zaczęto okrążać wieś. Dom, kryty słomą, w którym był telefon, Polacy postanowili podpalić … strzelali kulami zapalającymi ... nic z tego nie wyszło. Ciemno… Rosjanie strzelają, Polacy strzelają - wojna! Widzę w polu światło ... podchodzę, siedzi major nad mapą, żołnierz mu przyświeca. Pytam: „Co wy tu robicie?” Bardzo się przestraszyli, myśleli że jestem partyzantem. Major odpowiedział: „Dostałem przez telefon informację, że polska banda napadła na posterunek telefoniczny”. Ja mu wszystko wyjaśniam. Major i ja wołamy: „Nie strzelać”. Zaczęło świtać. Razem poszliśmy do wsi (…). Pijany telefonista coś bredzi, spod pierzyny wystają buty; zdejmujemy pierzynę, a tam leży Polak Gawejko, który podobno pierwszy przyniósł wódkę. Tak go wtedy miejscowi chłopi zbili, że na trzeci dzień zmarł. Major załadował mnie i telefonistę na samochód i pojechaliśmy do Komendantury Wojennej w Trzebiatowie. Tam już był ten kapitan, który chciał mnie zabić, i inni. Z ich informacji wynikało, że wszystkiemu jestem winny ja. Wówczas zacząłem się domagać, żeby pojechać na miejsce wydarzenia i tam zrobić dochodzenie, gdyż są zabici, może i ranni - wszystko się wyjaśni. Jest prokurator, cała świta. Jedziemy na miejsce. Po co śledztwo - leży zabity ojciec, jest sześcioro dzieci, które płaczą, a żona mdleje. W kościele na posadzce leży Horla, a na wozie pełno łupów (worki). Śledztwo zakończono; ustalono, że do wioski Świecie, gdzie był punkt telefoniczny, przyjechał wozem konnym kapitan ze starszyną i dwoma żołnierzami. Telefonista pijak. Z Polakiem Gawejką pędzili samogon i razem pili. Gdy przyjechali następni - razem sześciu mężczyzn - wódki nie wystarczyło. Dwa zabudowania dalej szykowało się wesele, więc przygotowano duże zapasy. Ponieważ zjechali się już goście, więc zastawiono stoły. Tam właśnie poszli podpici żołnierze, a widząc zastawione stoły, pełne butelek, zaczęli wyganiać wszystkich z pomieszczenia. Jeden z gości przeciwstawił się, więc żołnierz strzelił mu w głowę. Dziewczyna, broniąc swego stryja, także „otrzymała” strzał, ale przestrzelono jej tylko ucho. Dziewczyna zemdlała, wrzucono ją do piwnicy. Żołnierze opróżnili butelki i wyszli na ulicę. Wtedy właśnie zobaczyli mnie, zaczaili się i złapali.

Odbył się sąd. Była to pokazówka przed całą dywizją. Wyrok: telefonista - kara śmierci, kapitan - 8 lat więzienia, starszyna - 3 lata (to był ten, który bił mnie kolbą i któremu strzeliłem w brzuch). Na salę rozpraw przyniesiono go na rękach, gdyż od czasu postrzelenia nie mógł chodzić
”.

Po przedstawieniu powyższej relacji Stefan Sokołowski w krótkim komentarzu pisze: „Dzisiaj można się tylko zastanawiać, czy działanie komendanta Alfreda Turskiego i milicjanta Stanisława Horli były prawidłowe, czy musiało dojść do śmiertelnego postrzelenia S. Horli. Komendantura wojenna wypełniła swoje obowiązki – gwałt nie uszedł bezkarnie”. Pan Sokołowski kwestionuje więc bohaterską postawę Turskiego i Horli, którzy w tym przypadku ewidentnie działali w obronie ludności polskiej przed bandyckim napadem żołnierzy sowieckich. Wszak nie chodziło tylko, aby napić się samogonu, ale głównym celem wyprawy sowietów była grabież ludności cywilnej, o czym chociażby świadczy załadowany wóz z workami, który sowieci chcieli wywieźć. Równocześnie pan Sokołowski w sposób bezkrytyczny aprobuje postawę Rosjan. Z relacji Turskiego wynika, że początkowo został on aresztowany przez Rosjan, a wojsko sowieckie przez kilkanaście godzin dużą siłą atakowało broniącą się ludność polską. Nie wiadomo, jak nazywał się mężczyzna, który sprzeciwił się rabunkowi Rosjan i został przez nich zabity, a także nic nie wiemy o dziewczynie, która została postrzelona. Wiele okoliczności wymaga uzupełnienia. Należy przywrócić pamięć o tamtych wydarzeniach, gdyż przez kilkadziesiąt lat nie wolno było o nich mówić ani pisać. Żyją jeszcze ostatni naoczni świadkowie tamtych wypadków. Ocalmy pamięć i przywróćmy prawdę.

Edward Stępień

Zniszczony Kołobrzeg. © Jerzy Patan.